Próba ognia

wtorek, 23 czerwca 2015

Cena sztywna jak trup


Ostatnio przez sieć przewala się kolejna fala artykułów o projekcie wprowadzenia ceny minimalnej na książki. Temat już był, wywołał kilka dyskusji, znudził się, a teraz został ekshumowany. Przeczytałam kilka tekstów na ten temat, kilka komentarzy pod tymiż i odniosłam wrażenie, że do tematu rynku książki w Polsce nadal podchodzi się od... wiadomo.



Czytelnikom, którzy większość czasu spędzają w syberyjskiej dziczy bez dostępu do sieci przypomnę, o co chodzi. A o to, że w sejmie znalazł się projekt ustawy, która nakłada na wydawców i importerów obowiązek ustalenia jednolitej ceny książki przed wprowadzeniem jej do obrotu. Czyli: jak wydawca albo importer powie, że coś kosztuje 39,99 za mniej tego nie kupicie. Przez rok, potem wszystko wyląduje na taniej książce. Zero rabatów, nieważne, czy w księgarniach stacjonarnych, czy w Internecie. Nie i basta.

Słyszę chór zachwyconych głosów.

Przeczytałam ostatnio, że zdaniem autorów ustawy po wprowadzeniu tejże wszystkim zrobi się lepiej. I właścicielom małych księgarni, i wydawcom, i autorom. Ba! Ani się obejrzymy, a ceny książek spadną, tłumy zaczną walić do księgarń, a George R. R. Martin wskrzesi wszystkich Starków. I pewnie dorobi paru nowych.



Najbardziej podobał mi się tekst (przepraszam, ale zgubiłam linkę) o tym, że wysokim cenom winne są rabaty, które sieci księgarskie wymuszają na wydawcach, którzy ten rabat od razu doliczają do ceny książki. Źli, źli wydawcy, oszukują czytelników, dając zniżkę, która tak naprawdę wcale nie jest zniżką, bo książka powinna kosztować tyle, ile kosztuje po rabacie. Wstrząsające.

Owszem, sytuacja rynkowa zmusza wydawców do stawania na rzęsach, a wydanie książki musi być opłacalne. Nie dlatego, że wydawca sczeźnie bez świeżego kawioru i oryginalnego francuskiego szampana (Dom Pérignon, rocznik 1996, 1793 zł za butelkę), ale dlatego, że musi mieć za co wydać kolejny tytuł i, generalnie, dalej działać. Kiedyś już o tym pisałam, ale powtórzę: wydanie książki wiąże się z ponoszeniem kosztów. Trzeba zakupić prawa do tytułu (ceny bywają różne), trzeba ten tytuł przetłumaczyć (oczywiście, gdy mowa o zagranicznej książce), tłumaczenie trzeba zredagować, potem potrzebna jest korekta, skład, okładka, wreszcie druk. Cena tego ostatniego uzależniona jest nie tylko od ilości bajerów, które chcemy dać na froncie i papieru, ale również od nakładu książki. Im wyższy nakład, tym niższa cena.

Zapewne domyślacie się, że nakłady w Polsce nie są oszałamiające?

Gotowej książce przydałaby się jakaś promocja, a to kolejne koszty. Na dobrze rokujące o dość wysokim nakładzie (cena druku spada) można trochę wydać, w tak zwaną "konfekcję" nikt nie będzie pakował Bóg wie jakich pieniędzy. Marża dystrybutora wynosi w Polsce około 50%, więc już na dzień dobry żegnamy się z połową kasy. Z tej reszty, która nam została opłacamy wszystkie powyższe. Dom Pérignon? Raczej swojski cydr, jak dobrze pójdzie.

Jakiś czas temu wyliczałam dokładnie, ile zarabiał Jaguar na jednym egzemplarzu "Monstrumologa" i wyszło ok. 4 zł, o czym Was z resztą radośnie poinformowałam, zirytowana burzliwą dyskusją na temat tego, dlaczego tak drogo. To 4 zł to oczywiście w przypadku, gdy wszystko pójdzie dobrze i nakład się sprzeda. Jak się nie sprzeda, wiadomo... E-booki nie są żadnym wyjściem w przypadku literatury obcojęzycznej, bo ich sprzedaż jest w dalszym ciągu marginalna i raczej nie ma co liczyć na to, że zysk ze sprzedaży e-książki pokryje koszty tłumaczenia i redakcji.

Zastanawia mnie, w jaki sposób ustawa o stałej cenie książki miałaby pomóc wydawcy. Dajmy na to, że chcemy wydać "Pustkę" (to ta książka, w którą Was kiedyś wkręciłam). Przygody uroczej Marie Claire wyceniamy na 36,90. Nie możemy przeszarżować, bo, wiadomo, nikt nie śpi złocie. Grzecznie ponosimy koszty licencji, tłumaczenia i tak dalej. Początkowo planujemy nakład 4000 egz., ale troszkę się tego boimy, bo, wiadomo, trudny rynek. No to 3000 egz. Cena druku jednej książki jest nieco wyższa, ale wciąż jeszcze da się wytrzymać. Wprowadzamy książkę na rynek, wszędzie kosztuje 36,90 i... Klops. Zainteresowanie nie jest zbyt wielkie. A skoro zainteresowanie nie jest zbyt wielkie, to księgarze z radością dokonują zwrotów. 
Efekt jest taki, że 3/4 nakładu w sztywnej jak reklama ING cenie kurzy się w magazynie i pies z kulawą nogą tego nie chce. Powalczyć ceną nie możemy, bo ustawa, pozostaje nam inwestowanie w kampanię reklamową, co nie ma sensu, bo książki i tak nie idzie kupić poza sklepem internetowym. Kurtyna.

Ktoś zapewne powie, że wydawca sam sobie winien, bo nie pomyślał, co wydaje.  Że powinien był lepiej się zastanowić nad planem wydawniczym, zbadać rynek, obecne trendy i tak dalej. W jaki sposób? Licho wie. Prognozowanie sprzedaży przypomina wróżenie z fusów - uda się albo się nie uda. Och, jasne, są tytuły bardziej i mniej rokujące, potencjalne bestsellery i prawdopodobne kiksy. Zdarza się, że wydawca za ciężką kasę kupuje prawa do książki, która za granicą jest bestsellerem, zatrudnia znakomitego tłumacza, stoi z batem nad działem promocji, a czytelnicy omijają tytuł szerokim łukiem, jakby woniał zgniłym jajem. Dlaczego? Ot, jedna z tajemnic wszechświata.

Propagatorzy ustawy wysuwają również tezę, że stała cena to raj na ziemi dla autorów. Zostawmy zagranicznych, w końcu oni i tak zarabiają głównie u siebie. Nie wiem, w jaki sposób zmniejszony na wypadek wpadki nakład miałby poprawić sytuację pisarza. Autor otrzymuje swój procent za każdy sprzedany egzemplarz, ale procent ten liczony jest od ceny zbytu wydawcy, a więc mniej więcej od połowy ceny okładkowej. To, za ile księgarz będzie sprzedawał książkę, mało autora interesuje, bardziej zależy mu na tym, by sprzedał jak największą ilość egzemplarzy.

Czy stała cena książki naprawdę wpłynie jakoś na poziom oferty wydawniczej i pozwoli bardziej ambitnym tytułom zaistnieć w zbiorowej świadomości? Podobno tak, ale, zastrzelcie mnie, trzeba się dobrze nagimnastykować, by dostrzec jakiś związek. Unifikacja oferty wydawniczej jest faktem, tak samo, jak faktem jest to, że popyt reguluje podaż. Czy to, że w Empiku i małej księgarni "Rywalki" będą kosztować tyle samo sprawi, że z entuzjazmem nabędziecie "Biesy" Dostojewskiego? I czy sprawi, że nagle naród rzuci się na dorobek Cortazara?

Głównym beneficjentem ustawy mogą być tak naprawdę małe księgarnie, które nie są w stanie konkurować rabatami z dużymi sieciami czy hipermarketami. Usztywnienie cen, przynajmniej teoretycznie, rozwiązałoby jeden z problemów. A reszta? Księgarnie upadają, to fakt, ale problemem nie jest tylko wyższa o 2 czy 3 złote cena, ale również bardzo okrojona z racji miejsca i możliwości oferta książek. Na to ustawa, niestety, nie pomoże. Tak na boku, ciekawi mnie jedno. Znam taką małą księgarenkę, która od lat funkcjonuje sobie w miejscu, w którym wedle wszelkiego prawdopodobieństwa powinna dawno zdechnąć. Gość, który ją prowadzi, sprzedaje z rabatem podręczniki. Dogadał się z hurtownikiem, coś tam obniżył i co roku walą do niego tłumy. Pomoże mu ta sztywna cena, czy nie pomoże? Wedle autorów projektu pomoże. Konia z rzędem osobie, która wyjaśni mi, w jaki sposób.

Bardzo piękne są te wszystkie wypowiedzi o tym, jak to nasza kultura potrzebuje wsparcia i jak to ludzie, źli i niedobrzy, nie czytają. A jak już czytają, to chłam i poplit, produkcję masową, której autorzy karnie mielą w kółko ten sam schemat. Powinniśmy czytać lepsze książki. Bo głupiejemy, bo wtórny analfabetyzm, bo przyszłość narodu, bo to, bo tamto. Unifikacja, homogenizacja, macdonaldyzacja, tylko jeźdźców apokalipsy nie widać. Jak powiedział Adaś Jensen, bohater pewnej gry komputerowej, to jeszcze nie koniec świata, ale dobrze go stąd widać...

Czytelnictwo potrzebuje wsparcia i to nie poprzez regulację ceny książki. Ile jest kultury w mainstreamowych mediach? Myślicie, że ktoś chciał pogadać na antenie z popularnym pisarzem, gdy Jaguar zaoferować się tegoż dostarczyć pod drzwi? "Celebrity Splash", nowa dieta, ćwiczenia na mięśnie pośladków i botoks, to jest modne i to warto pokazywać. A książki? Nie, dzięki, no chyba, że macie coś, co już jest dobrze znane (głównie prowadzącym), albo coś, co jest tak głębokie, że zanurzając się w lekturze, można się utopić. No dobrze, trochę przesadzam, ale książki w przestrzeni publicznej prawie nie istnieją, zwłaszcza książki młodzieżowe. A kiedy ludzie mają polubić czytanie, jak nie w wieku lat nastu?

I co ma do poziomu czytelnictwa ustawa o jednolitej cenie książki?

Tak, zirytowałam się. Po raz kolejny. Albo mózg mi się skurczył, albo argumenty za wprowadzeniem ustawy (poza tym o ochronie małych księgarń) nie trzymają się kupy. 

To tyle z mojej strony. Przynajmniej na razie.

28 komentarzy:

  1. Zgadzam się z każdym Twoim zdaniem. Tyle jest szumu, że Polacy nie czytają, bo blah, blah, blah, a jak przychodzi co do czego, to chcą tę liczbę zawyżyć przez durne ustawy. Przyznam, że sama kupuję książki tylko i wyłącznie na promocjach. Choćby kilka złotych, ale zawsze coś. Korzystam z tańszej opcji, skoro jest, bo mogę dzięki temu kupić więcej. W przypadku wprowadzenia ustawy liczba nowych książek, które przynoszę do domu razem z rodziną z pewnością by zmalała. Szczególnie że i pensje w Polsce ostatnio szarżują i coraz częściej spadają, zamiast rosnąć.
    Do tego cały czas trąbi się o nielegalnych plikach i skali piractwa w Polsce, a wprowadzenie ustawy może tylko podnieść liczbę osób korzystających z Chomika i tym podobnych serwisów. Na ile już osób natknęłam się w ciągu ostatnich kilku miesięcy, które próbowały mi wmówić, że w Polsce nie da się kupować książek w cenie 40-45 zł za sztukę (z rabatami wychodzi te 30-35 zł, ale to dla nich wciąż za dużo), bo za niskie pensje, przez co dzieciaki mają zbyt niskie kieszonkowe albo nie mogą naciągać rodziców na książki i posiłkują się Chomikiem. Studenci skarżą się na ceny podręczników, które często przekraczają 100 zł - sama miałam z tym na studiach problem, bo na calą uczelnię medyczną było może 40-50 egzemplarzy każdego z pięciu tomów Bochenka do anatomii, a studentów potrzebujących książki na pierwszym roku - kilkaset. Jedna książka w zestawie kosztuje ok. 100 zł. Do tego atlasy anatomiczne: rysunkowy - w 2 lub 3 tomach, w zależności od wydania, które udało się złapać - i fotograficzny w 1 tomie. W przypadku obu atlasów po ok. 100 zł za jedną książkę. Tutaj mogę rzeczywiście przyznać studentom rację, bo przy takich kwotach może być problem z kupnem...ale po coś są biblioteki!
    Takie błędne koło się z tego robi niestety...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie cały czas zastanawia, jakim cudem ludzie mają czytać, skoro nie uczy się ich tego od najmłodszych lat, a media oferują łatwo dostępną rozrywkę, która kosztuje tyle, co abonament TV (którego połowa i tak nie płaci).

      Ta ustawa nie trzyma się kupy, bo wojna na rabaty to tylko jeden z problemów małych księgarni. Bardzo współczuję księgarzom, którym jest coraz trudniej, ale obawiam się, że sztywna cena po prostu dobije niewielkich wydawców. Więksi nadrobią ilością wydawanych pozycji (i będzie nadpodaż), mniejsi nie mają tyle sił przerobowych i na koniec roku zostaną z magazynem, od którego trzeba zapłacić podatek. Ech.

      Usuń
    2. W sumie uczy się czytania od najmłodszych lat, ale na niewłaściwych książkach. Wiadomo, że chłopcy, zmuszeni do lektury "Pippi Langstrump" lub "Małej księzniczki", nie sięgną po nic innego, bo się zrażą. Dziewczynkom podchodzi więcej książek, ale też nie wszystko. Najmłodsze lata powinny opierać się na czytaniu z rodzicami, którzy dostosują literaturę do dziecka, a nie na szkole, która idzie programem ogólnym, z kompletnym misz-maszem tematów, których małe dzieci często nie rozumieją. Przykład z mojej szkoły podstawowej i nieomawianej książki - "Lassie, wróć!", którą sama czytałam pod koniec przedszkola. Proponowałam omawianie na lekcji, bo kochałam tę historię, ale zamiast niej podjęliśmy "Dzieci z Bullerbyn" (też je już wówczas znałam...). "Lassie..." była podobno tylko o piesku, który kochał swoją rodzinę. Dziś myślę, że pani po prostu sama nie zrozumiała, ile taka historia o piesku może dać dzieciakowi, jeśli odpowiednio się do niej podejdzie.

      Prawda. Boję się o wiele ulubionych wydawnictw z tego powodu. Wydają fantastyczne książki, ale bez siły przebicia rynkowych gigantów nie dadzą rady. Myślisz, że ta ustawa serio wejdzie?

      Usuń
  2. GENIALNY tekst! W końcu coś pod czym mogę się podpisać pazurami!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie się zdaje, że nie tędy droga, a ustawa choć stworzona z pięknych pobudek może okazać się koniem trojańskim. Dziwi mnie, że w pewnych dziedzinach życia wracamy do praktyk rodem z PRL-u niszcząc zdrową konkurencję i hołubiąc wątpliwe dobrodziejstwo cen regulowanych. Czytelnictwo w naszym kraju jest i tak na zatrważającym poziomie, a sytuacji kiedy znikną rabaty sprzedaż spadnie. Nie trzeba być geniuszem z ekonomii, żeby wiedzieć, iż wzrost wydatków na dane dobro ( a tak będzie w przypadku sztywnych cen) spowoduje spadek popytu. Ja rozumiem, że obecna sytuacja bije w małe księgarnie i nabija kieszenie wielkim sklepom, które na rynku dyktują warunki. Ale czy nie lepiej zastanowić się nad wysokością maksymalnego upustu dla dystrybutora i z 50% zmniejszyć go do 35%. Dlaczego to dystrybutor ma kąpać się w Dom Pérignon, a wydawca i czytelnik zadowalać Dorato za 5 zł? Nikt z nas nie ma wątpliwości, że kultura potrzebuje wsparcia, ale dlaczego ustawodawca chce robić to w tak dziwny sposób?, dlaczego nie wprowadzi sztywnych cen na węgiel w zimie by ratować górnictwo, czy na ziemniaki i buraki by wspierać rolnictwo? ( No tak wydawcy, księgarze i czytelnicy nie mają „pleców”, nie zastrajkują, a jeśli nawet to sami sobie dopieką) Dlaczego nie wpadnie na pomysł dotowania czytelnictwa i ulg dla wydawców? A może w tym wszystkim wcale nie chodzi o to by książka była dobrem powszechnym lecz o powrót do średniowiecza ( Gutenberg pewnie przewraca się w grobie), kiedy była rarytasem dla wybranych? W sumie człowiek oczytany ma własne zdanie, myśli, trudniej nim manipulować i karmić obietnicami bez pokrycia. Cóż taka polityka... Asiu, przepraszam za moje wynurzenia, ale temat dla mnie wyjątkowo drażliwy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie też jest drażliwy i całe to gadanie o krainie szczęśliwości niemożebnie mnie wkurza. Zastanawiam się czasem, kto pije tego szampana, bo mam wrażenie, że mało kto, nieważne, czy wydawca, czy dystrybutor, może sobie na niego pozwolić.
      System podatkowy jest u nas tak skonstruowany, że wali po łbie bez litości. Ulg na kulturę, a przynajmniej na książki, nie ma. Gdyby zresztą ktoś zaczął przebąkiwać o jakiś ulgach, podniósłby się zapewne raban, że są ważniejsze rzeczy niż książka.

      A w ogóle to naprawdę nie łapię tego, jak sztywna cena ma wpłynąć dodatnio na poziom czytelnictwa i jakimż to cudem lud ma się rzucić na wysoką literaturę.

      Usuń
    2. Wśród zwolenników ustawy (dla ułatwienia: ZU) istnieje, nieco religijne (bo oparte na wierze w przyrodzoną dobroć i chęć do wychodzenia naprzeciw innym), przekonanie, że wprowadzenie jednolitej ceny ( wolnej od "dodatków rabatowych") sprawi, że ceny książek spadną. Bo skoro - zdaniem ZU - wysokie ceny książek biorą się z tego, że wydawca i dystrybutor dowala z dziesięć zeta, żeby móc z ceny schodzić, to gdy nie będzie mógł dowalać, wszystkie ceny będą z marszu rabatowe. A to oznacza, że książki stanieją, ludzie będą kupować ich więcej i wszyscy będziemy szczęśliwi.

      Usuń
  4. Ja bym na Waszym miejscu z tego łańcuszka kosztów wywaliła dystrybutora (sorry Panie dystrybutor..... Tak o Panu mówię i proszę na mnie się nie drzeć). Wiele wydawnictw samo sprzedaje swoje książki we własnym sklepie internetowym i dobrze z tego żyje- to raz. Dwa jedno z polskich wydawnictw pt.Nasza księgarnia ma nawet własną drukarnie.Może warto by było przebiedować parę lat, trochę odłożyć zaskórniaków i zainwestować. W końcu wyrobiliście markę i ludzie Was znają i lubią. Trzy: Lektury to istna żyła złota. Zróbcie serie lektur z ładnymi okładkami , dogadajcie się z bibliotekami, szkołami, co tam chcecie. Wiem, że to się łatwo mówi, ale może warto coś przedsięwziąć, Przecież macie na to całe życie, a nie tak jęczeć w kółko jacy to my biedni jesteśmy i prosimy o datki.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A czy ja jęczę? :) Opisuję rzeczywistość. Na tacę jeszcze nie zbieram.
      Wyrzucenie dystrybutora z łańcucha pokarmowego wiąże się z koniecznością zatrudnienia dodatkowych osób do działu marketingu, sprzedaży hurtowej, obsługi działu zamówień detalicznych, speca od transportu i tak dalej, a poza tym wynajęciem przestrzeni magazynowej oraz magazynierów, którzy będą te palety przerzucać. To inwestycja, na którą małych firm często nie stać. Nie mówię tylko o Jaguarze, mówię ogólnie.

      Kto "dobrze żyje"? :) Bardzo proszę o namiar. Bo może się zdarzyć, że wcale nie żyje super, tylko nie ma bloga, na którym pyskaty administrator pisze bez ogródek, jak jest.

      Usuń
  5. Zrobicie co chcecie, ja tyko zwracam uwagę, że było już kilka Waszych artykułów o kosztach w tym guście, więc po co się powtarzać, ale w sumie to Wasz blog, więc jak mówiłam róbcie co chcecie.
    Ps. Zdanie 6-krotnie złożone. WOW!!!! Rozwijam się. :op

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No było, było, bo nikt o tym nie pisze, nie wprost. Kiedy zakładałam tego bloga, chciałam przybliżyć ludziom to, jak wygląda ta część rynku wydawniczego, której nie widzą, a ponieważ dochodzą nowi ludzie, to tematom zdarza się wracać.

      Ludzie marudzą, że drogo, to wyjaśniam, za co płacą. Marudzą, że ktoś nie wydaje kolejnego tomu jakiejś serii, staram się pokazać, dlaczego. Wściekają się, że e-booki nie są tańsze, odpowiadam. Wściekają się, że przełożona została data premiery, mogę podpowiedzieć, dlaczego. Mogłabym tu zasadzić pole tulipanów i nadawać, jak ślicznie pachną, tylko po co? ;)

      Przystopuj z tym rozwojem, bo będziesz brzmieć jak podręcznik do poetyki, nad którym połowa studentów polonistyki przemyśliwa o samobójstwie ;-) W każdym razie strzeż się zdań siedemnastokrotnie złożonych ;)

      Usuń
  6. Jak dla mnie temat wprowadzenia jednolitej ceny jest mocno abstrakcyjne. Tak jak piszesz, w jaki sposób 39,90zł za jakąś książkę w każdym sklepie przez rok w żaden sposób sprzedaży nie podniesie- tak na logikę. Właśnie mi zaświtało, że przecież na studiach nawet uczyli, a zresztą... to kwestia normalnego myślenia- jak coś jest tańsze to wiadomo, że więcej osób coś kupi, a sensowniej jest coś sprzedać większej ilości po mniejszej cenie niżeli prawie nic po cenie wyższej. No chyba, że ma to przyciągnąć ludzi, którzy lubią szpanować i będą kupować więcej książek jako, że taka cena zwiastuje dobro luksusowe. Oczywistym jest też, że zapaleni miłośnicy załóżmy Rywalek i tak wybulą chociażby 50zł żeby tylko przeczytać kolejny tytuł. Czy aby na pewno? Wybulą, czy jednak przeczekają rok, aby dostać powieść po niższej cenie? Jak dla mnie pomysł totalnie żenujący....

    OdpowiedzUsuń
  7. Też pisałam na ten temat trochę na swoim blogu (http://bucherwelt.blogspot.com/2015/05/gdzie-kupowac-najtaniej-ksiazki.html) i komentowałam wiele dyskusji w Internecie. Najfajniejsze jest w tym wszystkim to, że nikt nie wspomniał o samych czytelnikach. Poprawy ich bytności ustawa nie przewiduje. :) Ja przypuszczam, że skończy się to tak, że nowe serie nieznanych autorów nie będą miały absolutnie żadnego przebicia, ponieważ ludzie będą czekać rok, aż cena zmaleje, a w międzyczasie stwierdzą, że jednak im się odwidziało. I nie wiem, co to będzie oznaczało dla wydawnictw...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To, że nikt nie wspomniał o czytelnikach i nikogo ich interes nie obchodzi nie jest "najfajniejsze" tylko najbardziej wkurzające (wiem, że to miałaś na myśli, ale ktoś może jednak nie zrozumieć)

      Usuń
  8. Celnie i sensownie. Z perspektywy czytelnika i przyszłego autora mam takie same odczucia. Rządzący jak zwykle zaczynają od odwłoka strony, nie przyjdzie im do głowy, że może trzeba wesprzeć kulturę państwowo, nie no, po co, ważniejsze sprawy są, kultura jakoś sama sobie poradzi... a jak sobie nie poradzi, to sprezentujemy jej kopa i powiemy, że to w dobrej wierze.
    Mózg wybucha.

    OdpowiedzUsuń
  9. Podpisuje się milionem x-ików :) Ci tam na górze chyba wielu rzeczy nie łapią...

    OdpowiedzUsuń
  10. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  11. To prawda, zaczęłam czytać książki tylko dzięki ostatnim ekranizacjom, dzieki ostatnim boomie na ekranizacje, dotarło do mnie że istnieją fajne książki dla młodzieży. W każdym innym razie, książki w mediach nie istnieją.
    O czym chciałam jeszcze napisać, to że wydawnictwa wydają [szczególnie w YA] i to nie tylko w Polsce, ale rynek zagraniczny YA się wyraźnie psuje, generalnie strasznie śmieciarskie książki, takie że tego się nie da czytać. I tera moje pytanie, kto decyduje o wydaniu książek? Czy Wy myślicie ze książka się opchnie, ze się sprzeda, że może komuś się spodoba, a może do niektórych pozycji ktoś wam dopłaca czy naprawdę mieliście ją za dobrą książkę? O co chodzi? Czasem mam wrażenie, że to tylko i wyłącznie wina wydanictw. Co Wy wydajecie? Zauważyłam też że Wydawnictwa zamiast sięgać po popularne za granicą książki, wydaje jakieś nie wiadomo skad, o których nigdy nie słyszała. Nie oszukujmy się dzieci uczą się angielskiego i siedzą na zagranicznych portalach, dzieciaki za granicą czytają to tamto a u nas wydawnictwa wydaja całkowicie coś innego.

    OdpowiedzUsuń
  12. Napisałam już kilka postów na ten temat i generalnie większość ludzi podnosi te same argumenty co Ty, choć z perspektywy raczej czytelnika, niż wydawcy. Też mnie to dziwiło, co niby wydawcy mają z tego mieć, skoro książki będą im zalegać. I widzę kolejne wypowiedzi, w których odkrywa się tą Amerykę.. (że ta ustawa jest z PRL-u i że w takim razie, czemu się nie zareglamentuje cen żywności albo ubrań - no już nie mogę tego czytać). No i każda taka wypowiedź kończy się taką samą konkluzją: że trzeba czytelnictwo promować, a skoro się go nie promuje, bo go nie ma w mainstreamie, to trudno oczekiwać, by ludzie czytali. No kurde, ile razy można mówić jedno i to samo.

    OdpowiedzUsuń
  13. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że na ceny książek marudzą Ci, którzy raz do roku mają ją w ręce i z pewnością nawet jej nie otworzą. Niestety, ale postawy tych u góry nie zmienimy...

    OdpowiedzUsuń
  14. Jakoś najbardziej mnie boli, że nikt w tej sytuacji nie wspomina, że to czytelnik będzie poszkodowany. I to nie ten niedzielny, który od wielkiego dzwonu przyjdzie do księgarni, a książkę kupuje raz na ruski rok, tylko ten wierny, wytrwały, co książki kupuje wręcz hurtowo. Książka jest przede wszystkim towarem i swoją cenę musi mieć, ale kogo z nas nie cieszy jak możemy ją nabyć za 70% ceny z okładki...

    OdpowiedzUsuń
  15. Ja z innej beczki. Miesiąc temu miała miejsce premiera Nevermore #3 (błagam, nie ukatrupcie mnie za ponowne rozpoczynanie tematu!) i już po prostu nie mogę dłużej znieść tego braku jakichkolwiek informacji. Co z polskim wydaniem? :(

    OdpowiedzUsuń
  16. Czy aby zacząć współpracę trzeba mieć bloga, czy wystarczy np. instagram? :)

    OdpowiedzUsuń